Rzecz o samoakceptacji.
Mowili mi w dzieciństiwe różne przykre rzeczy.W sensie koledzy.Kolezanki w sumie też.Były złośliwe.Niemiłe.Obgadywały.Ale chyba nie one jedne mnie.I chyba nie ja jedyna byłam tą obgadywaną.Teraz to jest mało wazne.
Mimo wszystko słowa bolą.Bolą strasznie jak się ma te parenaście lat.Albo nawet jeszcze nie naście.Bolą epitety w stylu "krzywy ryj", "grubas".
Bolą i tak sobie myślę że zostają jak piętno już na zawsze.
Moze to kwestia braku pewności siebie.Ale z drugiej strony jak można wykształcić pewnosc siebie bedąc ciągle poniżanym?chyba kiepsko sie da.A moze sie da ale ja nie umiem.
Czytam książke Maślanki.Fajna jest. Facet pisze dobrze, tak po prostu.Bez pierdzilenia o głupotach.Bez owijania w bawełne.
Napisał że kiedyś na jakies ulicy, wśród dzieci liczyły sie tylko ładne dziewczynki.Takie, za którymi biegną chłopcy, jak bawia sie w chowanego.
za mną nigdy nie biegali.
Taka refleksja.
Może gdybym miała pewność siebie naszej Dody, słowotok Wojewódzkiego czy paranoje Górniak byłoby w jakiś sposób łatwiej nie zauwazać negatywnych komentarzy?Byłoby zdanie fuck off i ide dalej?
To kwestia wychowania czy nadwrażliwości?
-
Pomidorekk:
Pokaż wszystkie (1) ›